poniedziałek, 5 września 2016

Remonty (1)

Już się zdążyłam odzwyczaić, od tego żeby uważać na wszelkie roboty i akcje w które jest zamieszany mój Tata. Ma on bowiem jakiś wielki dar, który sprawia, że najprostsze zadania urastają do rangi przeprawy przez Syberię ;|
 No prosta sprawa niby - jedziemy odebrac belkę z tartaku. Belka spora, gruba i długa na ponad 3m. Tata upiera się by zabrać małyzielonysamochodzik, bo cytuję "parapety wiozłem i weszły". No tak, parapety owszem, ale to były cienkie kawałki blachy, które dało się ładnie zaklinować pomiędzy siedzeniami, a nie wielki i ciężki kloc drewna :/ , który jak się potem okazało, wystawał całkiem solidnie z tyłu dwudrzwiowej hondy. Po drodze nieominęła mnie także dyskusja, że jadę do zlego tartaku. Nosz kurde, chyba wiem gdzie zamawiałam belkę. Ojciec natomiast nie mógł zrozumieć, że chodzi o jakiś inny tartak niż jemu się wydawało, bo "przecież tam jest".  
No nic dojechaliśmy do MOJEGO tartaku.
Na miejscu okazało, się że panowie  trzymetrową belkę dobrze schowali/zgubili/sprzedali (niepotrzebne skreslić) i na miejscu ani śladu. Szef więc zdecydował, że "ostrugają" mi inną trochę większą "ekspresem". No więc dobre 15 minut gapiłam się jak trzech facetów biega w tę i nazad z moją belką, co chwila przepuszczając ją przez jakąś piekielną machinę. Jeszcze chwilę strugania i niezła zapałka by im wyszła ;) Jak już przystrugali bliżej wymaganego rozmiaru, to zaczęłam się rozglądać za samochodem. Tymczasem auto odmówiło posłuszeństwa, więc z dyndającą z tyłu belką pchalismy je po wertepach, aż w końcu zaskoczyło. Tfu, tfu. Bogom dzięki, że szef tartaku pomógł pchać bo chyba byśmy płuca wypluli. Trasa powrotna to już był prawie luz, choć sterczący z tyłu kikut i podskakująca na wybojach klapa bagażnika wprawiały mnie w pewną nerwowość. Dodatkowy stres sprawił mi komunikat, iż pojedziemy jeszcze do składu budowlanego po coś tam. A także do sklepu. A także... 
 
Wszędzie z tą radośnie podskakująca klapą i wystającym klockiem. No i nie wyłączanym silnikiem, ze strachu żeby nie trzeba znowu było pchać.
A trzeba było wziąć "Budynia" i zapakować tą cholerną belkę na relingi, jak to miałam w planie A.
 I nie słuchać się Taty...

niedziela, 21 sierpnia 2016

Od nowa..

Siedzę własnie z zatkanymi na amen zatokami przy stole, przykrytym ceratą z uroczym motywem kur i kurczaków. W wersji "wieś sielska anielska" oczywiście ;) Tę ceratę zamierzam wymienić na jakąć inną, albo w ogóle wywalić, bo działa mi na nerwy. Ale nie aż tak mocno żebym zrywała się natychmiast. Tym bardziej, że mam sporo wazniejszej roboty, no i głowa mnie boli, a z zatkanego nosa kapie glut.
Wokoło podlogi nie widać spod przeprowadzkowych kartonów i niebieskich toreb z Ikei. Ludzkość nie wymyśliła chyba lepszego gadżetu do przeprowadzek niż niebieska torba. Na moje szczęście.
Torby leżą więc i czekają na rozpakowanie, a ja wycieram nos i czekam aż coldrex zacznie działać. Niby porządek sam się nie zrobi, ale generalnie właściwie mi się nie spieszy.
Wróciłam do miejsca które wiele lat nazywałam domem.
I teraz znów tu jestem, po ponad siedmiu latach spędzonych w Gdyni.
W dodatku na wariata, na niejasnych warunkach, z gigantycznym cykorem u tyłka. Nie wiem jak to się potoczy, ale mam nadzieję że dobrze. Choć na pewno niełatwo.

Z jednej strony mam właściwie luksusowe warunki, ale człowiek zawsze boi się zmian.
W każdym bądź razie nie widac mnie spod przeprowadzki. Bajzel aż huczy, a ja zamiast zasuwać wyjęłam "Czarodziejkę" i próbuję się uspokoić i wyciszyć. Przędzenie to rodzaj medytacji, zwykle dobrze mi robi. Podobnie tkanie, ale nie mam w tym momencie siły by rozstawiać warsztat, robić osnowę itd. Tak więc wzięlam wełnę z mojego ukochanego Blue Faced Leicester i kręcę sobie bez pośpiechu cieniutką nitkę.
Bałagan nie ucieknie...
Juro trochę spraw urzędowych, próba załatwienia szkoły i przedszkola Szkodnikom (kolejna ze względu na urlopy). A także drobne (i nieco większe) roboty mające zwiększyc komfort mieszkania. Ot choćby uzupełnienie izolacji zewnętrznej. A także pierdoły typu drążek prysznicowy, internet, podłączenie kuchenki.
Wiecie takie zwykłe oczywistości, które zauważa się dopiero jak ich brak. Na razie więc ciągnę internet od mamy a i obiady dostajemy pod nos. Ale chciałabym już mieć to z głowy i tyle.

Ehhh trzeba się wziąć do roboty.
Najlepiej jakiejś absolutnie niezwiązanej z porządkami ;)
Może pojadę po mleko i zrobię ser?
Albo wyciągnę maszynę dziewiarską która łypie na mnie prowokacyjnie z kartonu ;)



wtorek, 7 kwietnia 2015

I po jajach...

Jaja przyszły, jaja poszły i po jajach
No trochę kłamię, została mi jeszcze dobra pięćdziesiątka od kur sąsiada, takich co chodzą i dziubią (ale tak naprawdę eko sreko, wiem bo chodzimy z Szkodnikami te kury oglądać i podziwiać ;)). Oraz kolejne dwadzieścia sztuk przywiezionych przez Morgianę. I co ja mam teraz z tymi siedmioma dziesiątkami jajców zrobić? Przecie w życiu nie zdołam tego przejeść ;|
No cóż, nie pozostaje nic innego, jak tylko rozparcelować pomiędzy rodzinę.
Niech no tylko szanowni Rodziciele wrócą z zagramanicznych wojaży (a gołębie pocztowe przyniosły na moje zadupie informację, iż wracają jutro późnym wieczorem) to normalnie zarzucę ich tymi jajkami ;)
Aha no i przed ich powrotem trzeba by chyba trochę posprzątać.
Bo chałupa wygląda jakby tajfun przeszedł.
Tak po prawdzie to niedaleko było, bo gości mi się trochę przewinęło, a i Szkodniki spokojnie dają radę przy demolce. A ja nie do końca jestem teraz pewna co właściwie zostało zdemolowane. Bo oprócz wideł (urwałam rączkę), naciągniętego ogrodzenia (kopytne się złośliwie wywieszały), pękniętej misce do prania (Szkodniki się bawiły w Syzyfa na schodach na piętro, malowniczo się toczyła ze szczytu), to jest mnóstwo jakichś bliżej niezidentyfikowanych, przeżutych obiektów, które mogły być a) rękawiczkami/skarpetkami/szalikami, ktore dorwał i przeżuł Czarny Głupek b) rękawiczkami/skarpetkami/szalikami, które moja Mam dała z jakichś względów Czarnemu Glupkowi do przeżucia ;| I teraz nie mam zielonego pojęcia, które z tych obiektów przeżuł legalnie, a które nie bardzo. I obawiam się że po powrocie bystre oko Rodzicielki natychmiast określi właściwą przynależność, a ja zostanę oskarżona o niedopilnowanie gospodarstwa. To że Rodzicielce nie spodoba się także zapewne mój system sprzątania stajni, sposób odstawienia wideł pod ścianę, kolejność wywożenia boksów, technika operowania widłami przy rozścielaniu słomy itp to jestem pewna na bank. Ale zamierzam mężnie przyjmowac na klatę, kolejne pouczenia ;D Jak znam życie będzie mi to wypominać co najmniej dwa miesiące 8| Pozostaje zacisnąć zęby i z pokora przyjąć do wiadomości swoją ogólną niekompetencję ;) No bo przecie to była kwestia priorytetowa - ja zostaję i pilnuję gospodarki, a Rodziciele jadą do brata urzędującego na dalekiej północy. I to po raz pierwszy od paru lat, nikt kto nie zna mojej Mam, nie zdaje sobie sprawy jak ciężko ją ruszyć z jej gniazdka, nawet do pobliskiej gminy na zakupy, do Trójmiasta jedzie tylko w jakichś bardzo drastycznych wypadkach (typu pogrzeby, wizyta u dentysty albo dzień babci w przedszkolu). Wizyty w mieście rocznie można policzyć na palcach obu rąk. Tato niby rusza się nieco więcej, ale to głównie ze względu na obowiązki zawodowe. Jak nie musi, to równie ciężko go odspawać od jego ukochanego szałerka jak Mamę od ogródka. A tu musieliśmy ich wsadzić do samolotu i wysłać za morze na CAŁE OSIEM DNI! Przecież JAK JA SOBIE TUTAJ SAMA PORADZĘ?! No bo biedne pieski zginą z głodu i będę na nie krzyczeć więc się zestresują! A konie utoną w gnoju! A chałupa albo się sfajczy, albo nie dam rady rozpalić i zamarzniemy! No więc postawiłam sprawę twardo i zostałam zakwaterowana wraz z całą listą zakazów, nakazów, procedur, głośno wyrażanych obaw i tym podobnych. Tata nawet zrobił mi krótki kurs palenia w piecu co (coś wielkości lokomotywy, tylko one nie mają takiej przerażającej paszczy ;)) co do którego obiecałam sobie nie tykać go nawet długim kijem ;) Kominek ogarnę bez problemu, ale taka machineria mnie przerasta. Psy dostały dwa wory suchego żarcia (bo przecie ty bidna sobie nie poradzisz z ugotowaniem gara i rozłożeniem tego potem na miski;|) Kobyłom miałam nie sprzątać (taaaaa jasne, ciekawam kto by to potem wywoził bez ładowacza czołowego po tygodniu ;|) a Szkodniki dostały zakaz spadania ze schodów i antresoli.
No cóż :D
Przez pierwsze dni prawie urywały się rozpaczliwe telefony i emaile. Z całym spokojem na jaki było mnie stać odpowiadałam że owszem jest masakra, piec wygasł i nie chce się rozpalić więc marzniemy strasznie, psy uciekły, konie zeżarły wszystkie kwiatki, papugi popełniły seppuku, Szkodniki mają zapalenie płuc, dżumę, cholerę i gluta, chałupa właśnie się spaliła a okolicę nawiedziło trzęsienie ziemi ;|
Chyba mi nie uwierzyli, nie wiem czemu ;)
Ale pomogło, dali spokój i nawet stwierdzili że na Dalekiej Północy jest PRZEPIĘKNIE i że wycieczka bardzo się udała i są zadowoleni.  No to chociaż tyle, bo to już nieprzyzwoite było.
A ja skoro i tak miałam siedzieć na tyłku w pustej chacie, to stwierdziłam że co tam, robimy imprezę :D No i zrobiliśmy, było całkiem miło. Na dziń dybry pojawił się Nieuczesany i przejął Szkodniki. Potem Morgiana z tajemniczymi składnikami i zaczęła mi się panoszyć w kuchni ;) Ambitny plan pt "nie siedzimy w garach i  żywimy się jajkami i suchą paszą" spalił na panewce, ale efektem były obłędne ciasta i jeszcze bardziej obłędny pasztet. Szkodniki radośnie przez większość niedzielnego poranku szukały po ogródku czekoladowych jajek, którymi potem (o zgrozo) się żywiły przez calutki dzień, a my obżarci tym niegotowanym żarciem (nie mam pojęcia skąd się go tyle wzięło;)) siedzieliśmy na tyłkach, gadaliśmy i obijaliśmy się na całego :) Efektem mojego obijania się są dwie owieczki - maskotki. No bo mam zespół niespokojnych rąk i nie potrafię tak po prostu se posiedzieć :/ Tak wiem to powinno się leczyć ;|

W poniedziałek zwaliło się więcej gości i wreszcie miałam okazję  zagrać w Dixita i to w wypasionej wersji - wszystkie sześć dostępnych zestawów kart!
REWELACJA! CHCĘ WIĘCEJ!
 I to były chyba najspokojniejsze i najmniej stresujące święta w moim życiu. Zaczynam się zastanawiać jakby tu wprowadzić świecką tradycję w rodzinie - wysyłania Rodzicieli na biegun, by zaznać odrobiny swiętego spokoju na wsi ;)

A dzisiaj siedzę na tyłku i patrzę na ten cały bajzel i się zastanawiam czy uda mi się go nieco ogarnąć do jutra, czy też dać sobie spokój.
.
Bo przecie Mam i tak po powrocie będzie po mnie poprawiać i znajdzie mnóstwo niedociągnięć ;| 
Ehhhh te rozterki, chyba pójdę po prostu spać a martwić się będę jutro :D

A dzisiejszego posta sponsorowała ta piosenka:



Rozczochrana jest teraz na etapie fascynacji tym filmem, więc siłą rzeczy "oglądam" go przynajmniej raz dziennie. A dzisiaj akurat dwa razy.
A ta piosenka to wersja hiszpańska, która podoba mi się najbardziej.
Po prostu uwielbiam brzmienie tego języka :D
Miłego słuchania!


wtorek, 16 września 2014

Stepy Pomorskie 2014

Ano odbędą się.
Ale ponieważ cały flejm odbywa się teraz na fejsie to zainteresowanych odsyłam na stronę



Jak zwykle na  wariackich papierach i po najmniejszej linii oporu.
Ale jakoś co roku sprawdza nam się formuła, by ile się da zwalić na współuczestników i zrobić ich współodpowiedzialnymi współsprawcami itd. 
I jakoś wszyscy są zadowoleni więc po co zmieniać coś co się sprawdza?  Bo uważam, że lepsze jest wrogiem dobrego. I niech tak na razie zostanie, mam tylko nadzieję że wszyscy będą się dobrze bawić, jedni przy warsztatach, inni przy sziszy a jeszcze inni z kufelkiem piwa.

Do zobaczenia!

sobota, 30 sierpnia 2014

Jak nie urok to słuchawki...

Czarnejdupy ciąg dalszy.
Szlag mi trafił słuchawki
Znowu.
Kabel se przytrzasnęłam drzwiami, gdy jednocześnie próbowałam ogarnąć uciekającego Klopsa, wyjącą Rozczochraną, zatrzymać stopą próbującego się wydostać na wolność AntyKrólika, tłumacząc że na welocypedowy rajd po dzielni pojedziemy jak wrócą z przedszkola. Gdy wreszcie udało mi się uciszyć armageddon, wcisnąć stopą kicającą zagładę do środka,  przytrzymać jedną ręką próbującego odjechać na schody na biegówce  Klopsa, drugą ręką na której wisiała mi Rozczochrana, wsunąć klucz  w zamek i przekręcić, ze zwycięską pieśnią na ustach odwróciłam się i okazało się że przytrzasnęłam sobie kabel :/ I zadyndał sobie szyderczo, popatrując na mnie ze szpary.
Dla mnie to katastrofa na miarę zatonięcia Titanica.
No bo jak tu żyć bez słuchawek pytam, no jak?!
Jedni jarają, drudzy piją, trzeci oglądają porno na internecie, czwarci  wrzucają zdjęcia swoich dzieci/kotów/podróży na portalozę, a ja NIE POTRAFIĘ ŻYĆ BEŻ PODRĘCZNEJ MUZYKI. A słuchawki są jej integralną częścią, jeśli nie  dyndają mi na szyi to czuję się naga. Nerwowa się robię gdy nie mam tego lekkiego ucisku na głowie. No ostatecznie po prostu muszą być pod ręką,  przynajmniej w torbie :/
I nie żeby mi się one normalnie nie psuły, o nie.
Psują się zwykle w absolutnie przewidywalny sposób, po dwóch miesiącach, no maksymalnie po pół roku, doprowadzając mnie regularnie do szewskiej pasji. Przełamuje się kabelek przy wtyku i po prostu wyłącza mi się fonia z jednej strony. Z reguły w lewej, nie mam zielonego pojęcia dlaczego. Nauczona doświadczeniem, mam specjalną skrzyneczkę w której trzymam paragony.   Złośliwie oczywiście, ponieważ wietrzę  w tym psuciu spisek producentów, którzy próbują na mnie wymusić ciągłe kupowanie nowych słuchawek. Ale ponieważ rękojmia czy jak to się tam teraz nazywa, gwarantuje mi że jeśli w przeciągu 24 miesięcy od daty sprzedaży coś mi się zepsuje (tak  jak ten nieszczęny wtyk) to regularnie melduje się w sklepie, wypisuję reklamację i odbieram albo kasę albo nowy towar. Biznes się kręci, sklep ma sprzedaż (podejrzewam że akcjonariuszom nie przekazuje się statystyk odnośnie zwrotów) a ja morduję kolejną parę.  To była ósma  w tym roku. Chyba idę na rekord. Nie mam pojęcia czy tylko mnie się tak psują? No przecież ja nie robię z nimi nic takiego co by mogło sprawić że zużywają się szybciej niż gimbazie na ten przykład. No fakt używam ich ciągle i namiętnie, ale czy to jest powód by producenci sprzedawali ciągle krap który nawet połowy terminu gwarancji nie dotrwa? No i teraz mój magiczny krąg się przerwał razem z tym  przeklętym kablem. Bo o ile można się skarżyć na połowiczną fonię, to braku kabla nie da się raczej wytłumaczyć "wadami ukrytymi" :/
By to szlag.
Pocieszyło mnie że  słuchawki były nędzne.
Ponieważ  z założenia nie kupuję  drogich.
Raz kupiłam, zepsuły się tak samo jak wszystkie poprzednie a było to w czasach jeszcze przedparagonowych i  nawet wymienić ich nie mogłam. A tak po prostu idę do sklepu i patrzę co tam mają akurat  w promocji i biorę  co ma najlepszy stosunek ceny do parametrów. Ale czasem nie mają nic ciekawego więc biorę "na razie" co jest. Z myślą że miesiąc się przemęczę, a wtedy może już coś sensownego się trafi. No i tym razem były to takie zapchajdziury. Przez chwilkę do mojego żądającego decybeli mózgu przedarła się myśl, że to może dobry pretekst do odwyku. Przepędziłam ją czym prędzej, skoro inni mogą sobie psuć płuca dymem tytoniowym, albo alkiem, to ja mam święte prawo psuć obie uszy. Jak ogłuchnę to się będę martwić. No więc wygrzebałam zaskórniak, odstawiłam Szkodniki do najwspanialszego przybytku na dzielni i ruszyłam do lokalnej świątyni konsumpcji. Dodam tylko  iż zwykle udaję się tam wyłącznie w chwilach najwyższej potrzeby. Czyli zwykle jak mi się słuchawki zepsują. Do tej pory miałam tam dwie opcje - duży market mydło-szydło-powidło-i słuchawki albo gównianą średniopowierzchniówkę z elektroniką.  W tym drugim mam wrażenie że sprzedawcy nabawili się na mój widok nerwowych tików, więc wrodzona złośliwość kazałaby mi normalnie udać się do niego, by biednych słabo opłacanych "konsultantów" znów przyprawić o palpitacje, ale przypomniałam sobie, że nasza świątynia całkiem niedawno rozbudowała się znacznie i coś mi zadzwoniło że powstała tam jakaś zupełnie nowa placówka z interesującym mnie działem. No dobra, tam mnie jeszcze nie znają, a ponieważ konto czyste i tak muszę gotówkę wysupłać to idziemy zobaczyć co tam dają. I tak trafiłam do mojego prywatnego raju. Bo się okazało, że nowy sklep posiada caluteńki regał pełen  rzeczonego sprzętu, w najróżniejszych cenach, markach i dizajnie! I do tego z każdego modelu, mieli po jednej sztuce wyłożonej by można sobie podłączyć i wypróbować! Raj odzyskany normalnie. Kurczę gdybym ja wiedziała wcześniej że tak to może w sklepach wyglądać, to stałabym się ich wiernym klientem. Bo ja ogólnie nienawidzę centrów handlowych i udaję się tam zwykle niczym na zesłanie, a tym razem spędziłam tam bite półtorej godziny, gapiąc się na regały, ceny i marki i kolejno próbując różnych opcji i groźnie popatrując na niepewnych moich zamiarów sprzedawców, delikatnie próbujących wybadać czego szukam. Otóż ja szukam, ale to moje  uszy mają to lubić i znosić a nie czyjeś. Ustawiłam więc sobie na mp3 piosenki- masakratory które najlepiej  wykazują wszelkie rzężenia, wycia, przegłosy, trzaski i stukoty. Założyłam sobie nawet na próbę z ciekawości jakieś mega drogie nauszniki. I swoją drogą to nie rozumiem co może kosztować  w takim pałąku z uszami 800 zybli :/ Ale pierwszy raz w życiu miałam okazję sprawdzić czy warto. I stwierdziłam że jednak nie bardzo. Meloman w końcu ze mnie żaden, przyzwoity dzwięk absolutnie mi wystarcza. I tak znalazłam ideał, w promocji za 50 złociszy. Bogini wie iż tym  razem byłam skłonna wydać nieco więcej, ale się okazało że mają  wszystko co potrzeba - dobre walnięcie w metalu, nie skrzypią przy symfoniach, a głośność wyprostowała mi loki na łbie i na chwilę zawiesiła system operacyjny, gdy podgłośniłam na full. Do tego były w różnych opcjach kolorystycznych, przez chwilę nawet zapatrzyłam się na amarantowy róż (tylko po to by  rodzina wstydziła się ze mna pokazywać), ale koniec końców wzięłam niebieskie. Kocham niebieski. Po prostu ideał!
Paragon oczywiście pieczołowicie  schowałam do skrzyneczki i obiecałam sobie że ów wspaniały sklep będzie miał we  mnie wiernego klienta. Swoją drogą zrobili sobie tym kuku, ale to już nie mój problem. Po cichu mam nadzieję że rzeczone słuchawki wytrzymają dłużej niż normalnie bo pasują mi idealnie. I chętnie bym ich nie wymieniała wcale  w tym momencie. Stare wywaliłam do siatki na elektronikę i z niechęcią skontastowałam że trzeba by to wszystko wreszcie wynieść do punktu odbioru. Taaaa qrna, straaaasznie daleko mam,  bo trzeba przejśc całe 50m za piekarnią :/ I od dwóch miesięcy sie zebrać do tej karkołomnej wyprawy nie mogę :/
Efekt tej całej  sytuacji jest taki że na chwilę poprawił mi się humor.
O jakiś jeden punkcik  w górę.
By niedługo potem spaść  o dziesięć bo się okazało, że nie mogę  pojechać odebrać od mamy  gręplarki, która od poniedziałku stoi na wsi, gdzie różnych przyczyn  kazałam ją wysłać :/
Idę  się pochlastać...

A jednym z testerów muzycznych był  ten kawałek:


Instrumentarium niby nie takie wielkie, ale spróbujcie tego posłuchać na kiepskich słuchawkach.  Przechodzi to wtedy w wycie, pianie i trzaski, dlatego bardzo chętnie używam tej piosenki żeby sprawdzić jakość dźwięku. A dodatkowo idealnie wpasowuje mi się w gówniany nastrój i nadaje się na  komentarz ostatnich wydarzeń :/ Cytując jednego znajomego "ależ ja bardzo lubię Rosjan! Świetni ludzie, doskonale się z nimi pije! Jedyne czego nie cierpię to ich przywódcy."

I tym mało pozytywnym akcentem kończę mój nie wiadomo czym inspirowany wywód. I gratuluję tym co dotrwali do końca i nie rozbili monitora ;|

czwartek, 28 sierpnia 2014

Czarnejdupy ciąg dalszy

Nie piszę bo nic mi się nie chce.
No czarnadupa  po prostu i to taka, że aż zdecydowałam się na  wizytę u lekarza, by dał mi jakieś pigułki szczęścia. To trwa już trochę za dlugo, lato gdy miało się poprawić już mija, czarnadziura wcale nie jaśniejsza  i zaczyna mnie przerażać perspektywa nadejścia mrocznej pory roku :/ Trza się ogarnąć i to szybko, póki dzień jeszcze długi.
W  ramach stosowania się do dobrych rad typu "no weźże się wreszcie w garść" zabrałam  się za przetwory. Udało mi się zrobić całe zakichane 10 słoiczków pomidorów - bogi tylko raczą wiedzieć czemu mnie pokarali, ale to jedyne słoiki, które poza buraczkami i ogórkami kiszonymi raczą wtranżalać  moje domowe niejadki ;|Wspomniane ogórki i buraczki produkuje na tony moja szanowna rodzicielka, więc czuję się z nich zwolniona. Ale pomidorki się przydadzą, roboty z nimi niewiele a mam poczucie że choć coś kontruktywnego udało mi się zdziełać ;)



Zaznaczam,  że nie jest to moje ostatnie słowo, założyłam sobie po prostu plan by przynajmniej te parę kg pomidorków tygodniowo przerobić, one w sumie  dopiero teraz zaczynają być naprawdę dojrzałe i tanie :)  Mi się nie pali  zbytnio, a potem towarzycho przynajmniej przez jakiś czas będzie żarło spaghetti i pomidorówkę z własnorobów. I moje poczucie dobrze spełnionego obowiązku się choć trochę napasie  ;|


 A ze spacerku ze Szkodnikami przywlokłam dzisiaj taki bukiet


Teraz wisi, suszy się i pachnie na całe mieszkanie. Tak pachnie że zaraz mnie łeb od tego rozboli jak znam życie.  Dla niezorientowanych to jest nawłoć. I nie, nie jestem fanką suszonych  bukietów. Używam tego do barwienia naturalnego, teraz jest jej full na polach, ale ususzona barwi równie ładnie a można ją przechowywać przez zimę na przykład. I jak skończy się sezon, a przyjdzie wena na eksperymenty, to jest się z czym bawić :) Taka mała prekognicja ;)

Poza tym z nowości  to mamy nowego lokatora.
Nazywa się Kropek i podobno jest królikiem. Podobno ponieważ pod króliczą aparycją kryje się mało królicza osobowość. Widział kto żeby królik po chałupie luzem latał  i do kuwety chodził na siku i bobki?! No ja nie widziałam. To znaczy nie widziałam  aż do teraz. Bo właśnie taki niby-królik nam się trafił. Kurca nawet klatkę  mu kupiłam, ale on ją olał i patrzy na nią z lekkim obrzydzeniem. Zresztą mu się nie dziwię, też bym  w klatce nie chciała siedzieć. Chodzi więc sobie po domu, spać przychodzi do nas do łóżka i ogólnie zarządza w  tym momencie areałem mieszkania ;) Ciekawe kto zostanie ostatecznie imperatorem  gdy koty wrócą z "urlopu" ;) Strzelam że jednak Kropkus Magnus Rex ;)




Cała moja wiedza na temat królików, ich życia, zachowań, psychologii i osobowości, w konfrontacji z Kropkiem legła  w gruzach. On  po prostu tworzy nowe standardy królikowatości ;)

No dobra, starczy spamowania o słoikach, królikach i chwastach
Na do widzenia tęcza (były dwie ale tylko jedna mi wyszła na zdjęciach)


Pańszczyzna odrobiona, czyli napisałam posta :/
Ten blog umiera tylko i wyłącznie z powodu mojego niechciejstwa. A tyle niby miałabym do opowiedzenia gdyby tylko mi się chciało  jak mi się nie chce...

niedziela, 8 czerwca 2014

Dendrologia na Stepach ;) - Dęby

Pomimo nazwy, na moich Stepach sporo jest różnistych drzew.
Głównie to za sprawą moich rodziców, którzy mają fizia na punkcie nasadzeń  i z uporem maniaków, ciągle sadzą, przesadzają i dosadzają różniste okazy. I tak w krainie rzepaku i kartofla, wyrosła sobie przez te piętnaście latek, niewielka zielona wyspa. Widać ją z daleka, ale ze względu na gęste nasadzenia żywopłotów głównie z zewnątrz  :)
Co tam sobie rośnie w środku  to już zupełnie inna  historia.
Dziś jednak chciałabym pokazać dumę gospodarstwa czyli Nasz Dąb. Nie bez powodu dużymi literami go opisuję :)
Jest on chlubą  mojej mamy, która uważa go za swoją perłę w koronie. Dąb przybył do nas wraz z farmą i nie został, jako jeden z niewielu posadzony przez nas. Zresztą chyba byśmy  raczej nie dali rady,  leśnicy którzy go oceniali, dawali mu nieco ponad  setkę :)
Wygląda tak


Z bliska trochę lepiej idzie ocenić jakie to duże drzewo ;)



A zresztą wielkość w ogóle ciężko złapać, a już szczególnie jak się nie za bardzo  potrafi  robić zdjęcia i ma do dyspozycji komórkę, zamiast wypasionej lustrzanki ;)
Cóż, dodam  tylko, że  próbując objąć pień, ledwie ledwie smyra się palcami  z współobejmowaczem stojącym z drugiej strony :D


Bardzo pięknie także wygląda bluszcz wspinający się po pniu. Kiedyś zastanawiałam się czy nie szkodzi on drzewu, ale jakiś zapytany o to specjalista zaprzeczył, ponoć to mit, a bluszcz nawet duży i silny nie powinien zaszkodzić tak dużemu drzewu. A wygląda to czarodziejsko.

Oprócz Dębu rosną u nas jeszcze dęby  oraz Bonsai :)
Bonsai też jest nieco specjalny. Rośnie on sobie  gdzieś daleko w polu, na takiej dziwnej kupie kamieni (według poprzedniego właściciela jest to pozostałość po kamieniach granicznych, ale co to za kamienie  i czego granica to nikt  nie potrafi nam  wyjaśnic)


Również przyszedł on do nas wraz z posiadłością.
Na początku  byłam przekonana, że to jakaś malutka samosiejka, młody dąbek, którego wywiało na to wygwizdowo. Ale przy bliższym zapoznaniu okazało się, że jest on dosyć stary. Na pewno nie tak wiekowy jak Dąb, ale znacznie starszy niż wyglądał na pierwszy rzut oka. Ma bardzo gruby pień i jest pokręcony i sponiewierany przez wiatry, które w tym miejscu przewalały się zawsze z pełną prędkością. W górę korona  zaczęła rosnąć dopiero, gdy został nieco osłonięty - od zachodu, na granicy działki został posadzony rząd brzóz, robiących za  poduchę i wiatrołap. Ma swój urok, bo rośnie w dziwnym miejscu i sprawia wrażenie trochę magicznego.  Problem jest z nim taki, że stoi centralnie na celowniku ekspresówki - to właśnie przez ten kawałek ziemi ma   ona przechodzić. To smutne, tyle przetrwał i nie wiadomo czy będzie miał szansę wyrosnąć na prawdziwe duże drzewo.  To chociaż tak go upamiętnię :(


Bez kopytnych oczywiście  się nie obędzie :D

A ze spraw gospodarskich to ogłaszam iż serowarnia ruszyła :)

Znalazłam nowego dostawcę mleka i jestem bardzo zadowolona  bo ta pani w ogóle nie oddaje do mleczarni, tylko bezpośrednim odbiorcom i przez to stosuje jakąś tonę chemii mniej :D A to jak się zdążyłam przekonać znacząco wpływa na smak i wydajność serka :) Ostatni rekord - ser świeży podpuszczkowy, robiony na przepisie na ser koryciński, to 1800g sera z 10l mleka! Żważone po wyjęciu z solanki i osuszeniu, oczywiście jeszcze straci na wadze, ale to normalne zjawisko.  Tak więc jestem bardzo zadowolona i zaczynam się mocno zastanawiać, kto  to twierdził, iż własnoręczna produkcja sera się w ogóle nie opłaca?! Nawet czysto finansowo patrząc, to gdzie ja dostanę porządny nie napakowany  olejem i konserwantami, ser z mleka, popuszczki i soli (bo tylko to dodaję do przepisu), w cenie 15zł/kg!?


Kolejny punkt programu - serki parzone typu oscypek, korycińskie mogę już robić z zamkniętymi oczyma, a zaczynają mnie kusić kolejne wyzwania :D Ogranicza mnie jedynie pojemność lodówki i brak dojrzewalni :(

I tak się toczy.
Teraz proszę trzymać kciuki, będziemy poskramiali złośnicę.
Dziękuję Aldonie, za podpowiedzenie sposobu. Jeśli zadziała to pewnie się pochwalę. Wreszcie pomysł jak zmusić Furię do  zaprzestania terroryzowania słabszych w stadzie i może uda mi się wyprowadzić wiecznie chorą (skopaną) nogę Boni do normalności  :)