wtorek, 16 września 2014

Stepy Pomorskie 2014

Ano odbędą się.
Ale ponieważ cały flejm odbywa się teraz na fejsie to zainteresowanych odsyłam na stronę



Jak zwykle na  wariackich papierach i po najmniejszej linii oporu.
Ale jakoś co roku sprawdza nam się formuła, by ile się da zwalić na współuczestników i zrobić ich współodpowiedzialnymi współsprawcami itd. 
I jakoś wszyscy są zadowoleni więc po co zmieniać coś co się sprawdza?  Bo uważam, że lepsze jest wrogiem dobrego. I niech tak na razie zostanie, mam tylko nadzieję że wszyscy będą się dobrze bawić, jedni przy warsztatach, inni przy sziszy a jeszcze inni z kufelkiem piwa.

Do zobaczenia!

sobota, 30 sierpnia 2014

Jak nie urok to słuchawki...

Czarnejdupy ciąg dalszy.
Szlag mi trafił słuchawki
Znowu.
Kabel se przytrzasnęłam drzwiami, gdy jednocześnie próbowałam ogarnąć uciekającego Klopsa, wyjącą Rozczochraną, zatrzymać stopą próbującego się wydostać na wolność AntyKrólika, tłumacząc że na welocypedowy rajd po dzielni pojedziemy jak wrócą z przedszkola. Gdy wreszcie udało mi się uciszyć armageddon, wcisnąć stopą kicającą zagładę do środka,  przytrzymać jedną ręką próbującego odjechać na schody na biegówce  Klopsa, drugą ręką na której wisiała mi Rozczochrana, wsunąć klucz  w zamek i przekręcić, ze zwycięską pieśnią na ustach odwróciłam się i okazało się że przytrzasnęłam sobie kabel :/ I zadyndał sobie szyderczo, popatrując na mnie ze szpary.
Dla mnie to katastrofa na miarę zatonięcia Titanica.
No bo jak tu żyć bez słuchawek pytam, no jak?!
Jedni jarają, drudzy piją, trzeci oglądają porno na internecie, czwarci  wrzucają zdjęcia swoich dzieci/kotów/podróży na portalozę, a ja NIE POTRAFIĘ ŻYĆ BEŻ PODRĘCZNEJ MUZYKI. A słuchawki są jej integralną częścią, jeśli nie  dyndają mi na szyi to czuję się naga. Nerwowa się robię gdy nie mam tego lekkiego ucisku na głowie. No ostatecznie po prostu muszą być pod ręką,  przynajmniej w torbie :/
I nie żeby mi się one normalnie nie psuły, o nie.
Psują się zwykle w absolutnie przewidywalny sposób, po dwóch miesiącach, no maksymalnie po pół roku, doprowadzając mnie regularnie do szewskiej pasji. Przełamuje się kabelek przy wtyku i po prostu wyłącza mi się fonia z jednej strony. Z reguły w lewej, nie mam zielonego pojęcia dlaczego. Nauczona doświadczeniem, mam specjalną skrzyneczkę w której trzymam paragony.   Złośliwie oczywiście, ponieważ wietrzę  w tym psuciu spisek producentów, którzy próbują na mnie wymusić ciągłe kupowanie nowych słuchawek. Ale ponieważ rękojmia czy jak to się tam teraz nazywa, gwarantuje mi że jeśli w przeciągu 24 miesięcy od daty sprzedaży coś mi się zepsuje (tak  jak ten nieszczęny wtyk) to regularnie melduje się w sklepie, wypisuję reklamację i odbieram albo kasę albo nowy towar. Biznes się kręci, sklep ma sprzedaż (podejrzewam że akcjonariuszom nie przekazuje się statystyk odnośnie zwrotów) a ja morduję kolejną parę.  To była ósma  w tym roku. Chyba idę na rekord. Nie mam pojęcia czy tylko mnie się tak psują? No przecież ja nie robię z nimi nic takiego co by mogło sprawić że zużywają się szybciej niż gimbazie na ten przykład. No fakt używam ich ciągle i namiętnie, ale czy to jest powód by producenci sprzedawali ciągle krap który nawet połowy terminu gwarancji nie dotrwa? No i teraz mój magiczny krąg się przerwał razem z tym  przeklętym kablem. Bo o ile można się skarżyć na połowiczną fonię, to braku kabla nie da się raczej wytłumaczyć "wadami ukrytymi" :/
By to szlag.
Pocieszyło mnie że  słuchawki były nędzne.
Ponieważ  z założenia nie kupuję  drogich.
Raz kupiłam, zepsuły się tak samo jak wszystkie poprzednie a było to w czasach jeszcze przedparagonowych i  nawet wymienić ich nie mogłam. A tak po prostu idę do sklepu i patrzę co tam mają akurat  w promocji i biorę  co ma najlepszy stosunek ceny do parametrów. Ale czasem nie mają nic ciekawego więc biorę "na razie" co jest. Z myślą że miesiąc się przemęczę, a wtedy może już coś sensownego się trafi. No i tym razem były to takie zapchajdziury. Przez chwilkę do mojego żądającego decybeli mózgu przedarła się myśl, że to może dobry pretekst do odwyku. Przepędziłam ją czym prędzej, skoro inni mogą sobie psuć płuca dymem tytoniowym, albo alkiem, to ja mam święte prawo psuć obie uszy. Jak ogłuchnę to się będę martwić. No więc wygrzebałam zaskórniak, odstawiłam Szkodniki do najwspanialszego przybytku na dzielni i ruszyłam do lokalnej świątyni konsumpcji. Dodam tylko  iż zwykle udaję się tam wyłącznie w chwilach najwyższej potrzeby. Czyli zwykle jak mi się słuchawki zepsują. Do tej pory miałam tam dwie opcje - duży market mydło-szydło-powidło-i słuchawki albo gównianą średniopowierzchniówkę z elektroniką.  W tym drugim mam wrażenie że sprzedawcy nabawili się na mój widok nerwowych tików, więc wrodzona złośliwość kazałaby mi normalnie udać się do niego, by biednych słabo opłacanych "konsultantów" znów przyprawić o palpitacje, ale przypomniałam sobie, że nasza świątynia całkiem niedawno rozbudowała się znacznie i coś mi zadzwoniło że powstała tam jakaś zupełnie nowa placówka z interesującym mnie działem. No dobra, tam mnie jeszcze nie znają, a ponieważ konto czyste i tak muszę gotówkę wysupłać to idziemy zobaczyć co tam dają. I tak trafiłam do mojego prywatnego raju. Bo się okazało, że nowy sklep posiada caluteńki regał pełen  rzeczonego sprzętu, w najróżniejszych cenach, markach i dizajnie! I do tego z każdego modelu, mieli po jednej sztuce wyłożonej by można sobie podłączyć i wypróbować! Raj odzyskany normalnie. Kurczę gdybym ja wiedziała wcześniej że tak to może w sklepach wyglądać, to stałabym się ich wiernym klientem. Bo ja ogólnie nienawidzę centrów handlowych i udaję się tam zwykle niczym na zesłanie, a tym razem spędziłam tam bite półtorej godziny, gapiąc się na regały, ceny i marki i kolejno próbując różnych opcji i groźnie popatrując na niepewnych moich zamiarów sprzedawców, delikatnie próbujących wybadać czego szukam. Otóż ja szukam, ale to moje  uszy mają to lubić i znosić a nie czyjeś. Ustawiłam więc sobie na mp3 piosenki- masakratory które najlepiej  wykazują wszelkie rzężenia, wycia, przegłosy, trzaski i stukoty. Założyłam sobie nawet na próbę z ciekawości jakieś mega drogie nauszniki. I swoją drogą to nie rozumiem co może kosztować  w takim pałąku z uszami 800 zybli :/ Ale pierwszy raz w życiu miałam okazję sprawdzić czy warto. I stwierdziłam że jednak nie bardzo. Meloman w końcu ze mnie żaden, przyzwoity dzwięk absolutnie mi wystarcza. I tak znalazłam ideał, w promocji za 50 złociszy. Bogini wie iż tym  razem byłam skłonna wydać nieco więcej, ale się okazało że mają  wszystko co potrzeba - dobre walnięcie w metalu, nie skrzypią przy symfoniach, a głośność wyprostowała mi loki na łbie i na chwilę zawiesiła system operacyjny, gdy podgłośniłam na full. Do tego były w różnych opcjach kolorystycznych, przez chwilę nawet zapatrzyłam się na amarantowy róż (tylko po to by  rodzina wstydziła się ze mna pokazywać), ale koniec końców wzięłam niebieskie. Kocham niebieski. Po prostu ideał!
Paragon oczywiście pieczołowicie  schowałam do skrzyneczki i obiecałam sobie że ów wspaniały sklep będzie miał we  mnie wiernego klienta. Swoją drogą zrobili sobie tym kuku, ale to już nie mój problem. Po cichu mam nadzieję że rzeczone słuchawki wytrzymają dłużej niż normalnie bo pasują mi idealnie. I chętnie bym ich nie wymieniała wcale  w tym momencie. Stare wywaliłam do siatki na elektronikę i z niechęcią skontastowałam że trzeba by to wszystko wreszcie wynieść do punktu odbioru. Taaaa qrna, straaaasznie daleko mam,  bo trzeba przejśc całe 50m za piekarnią :/ I od dwóch miesięcy sie zebrać do tej karkołomnej wyprawy nie mogę :/
Efekt tej całej  sytuacji jest taki że na chwilę poprawił mi się humor.
O jakiś jeden punkcik  w górę.
By niedługo potem spaść  o dziesięć bo się okazało, że nie mogę  pojechać odebrać od mamy  gręplarki, która od poniedziałku stoi na wsi, gdzie różnych przyczyn  kazałam ją wysłać :/
Idę  się pochlastać...

A jednym z testerów muzycznych był  ten kawałek:


Instrumentarium niby nie takie wielkie, ale spróbujcie tego posłuchać na kiepskich słuchawkach.  Przechodzi to wtedy w wycie, pianie i trzaski, dlatego bardzo chętnie używam tej piosenki żeby sprawdzić jakość dźwięku. A dodatkowo idealnie wpasowuje mi się w gówniany nastrój i nadaje się na  komentarz ostatnich wydarzeń :/ Cytując jednego znajomego "ależ ja bardzo lubię Rosjan! Świetni ludzie, doskonale się z nimi pije! Jedyne czego nie cierpię to ich przywódcy."

I tym mało pozytywnym akcentem kończę mój nie wiadomo czym inspirowany wywód. I gratuluję tym co dotrwali do końca i nie rozbili monitora ;|

czwartek, 28 sierpnia 2014

Czarnejdupy ciąg dalszy

Nie piszę bo nic mi się nie chce.
No czarnadupa  po prostu i to taka, że aż zdecydowałam się na  wizytę u lekarza, by dał mi jakieś pigułki szczęścia. To trwa już trochę za dlugo, lato gdy miało się poprawić już mija, czarnadziura wcale nie jaśniejsza  i zaczyna mnie przerażać perspektywa nadejścia mrocznej pory roku :/ Trza się ogarnąć i to szybko, póki dzień jeszcze długi.
W  ramach stosowania się do dobrych rad typu "no weźże się wreszcie w garść" zabrałam  się za przetwory. Udało mi się zrobić całe zakichane 10 słoiczków pomidorów - bogi tylko raczą wiedzieć czemu mnie pokarali, ale to jedyne słoiki, które poza buraczkami i ogórkami kiszonymi raczą wtranżalać  moje domowe niejadki ;|Wspomniane ogórki i buraczki produkuje na tony moja szanowna rodzicielka, więc czuję się z nich zwolniona. Ale pomidorki się przydadzą, roboty z nimi niewiele a mam poczucie że choć coś kontruktywnego udało mi się zdziełać ;)



Zaznaczam,  że nie jest to moje ostatnie słowo, założyłam sobie po prostu plan by przynajmniej te parę kg pomidorków tygodniowo przerobić, one w sumie  dopiero teraz zaczynają być naprawdę dojrzałe i tanie :)  Mi się nie pali  zbytnio, a potem towarzycho przynajmniej przez jakiś czas będzie żarło spaghetti i pomidorówkę z własnorobów. I moje poczucie dobrze spełnionego obowiązku się choć trochę napasie  ;|


 A ze spacerku ze Szkodnikami przywlokłam dzisiaj taki bukiet


Teraz wisi, suszy się i pachnie na całe mieszkanie. Tak pachnie że zaraz mnie łeb od tego rozboli jak znam życie.  Dla niezorientowanych to jest nawłoć. I nie, nie jestem fanką suszonych  bukietów. Używam tego do barwienia naturalnego, teraz jest jej full na polach, ale ususzona barwi równie ładnie a można ją przechowywać przez zimę na przykład. I jak skończy się sezon, a przyjdzie wena na eksperymenty, to jest się z czym bawić :) Taka mała prekognicja ;)

Poza tym z nowości  to mamy nowego lokatora.
Nazywa się Kropek i podobno jest królikiem. Podobno ponieważ pod króliczą aparycją kryje się mało królicza osobowość. Widział kto żeby królik po chałupie luzem latał  i do kuwety chodził na siku i bobki?! No ja nie widziałam. To znaczy nie widziałam  aż do teraz. Bo właśnie taki niby-królik nam się trafił. Kurca nawet klatkę  mu kupiłam, ale on ją olał i patrzy na nią z lekkim obrzydzeniem. Zresztą mu się nie dziwię, też bym  w klatce nie chciała siedzieć. Chodzi więc sobie po domu, spać przychodzi do nas do łóżka i ogólnie zarządza w  tym momencie areałem mieszkania ;) Ciekawe kto zostanie ostatecznie imperatorem  gdy koty wrócą z "urlopu" ;) Strzelam że jednak Kropkus Magnus Rex ;)




Cała moja wiedza na temat królików, ich życia, zachowań, psychologii i osobowości, w konfrontacji z Kropkiem legła  w gruzach. On  po prostu tworzy nowe standardy królikowatości ;)

No dobra, starczy spamowania o słoikach, królikach i chwastach
Na do widzenia tęcza (były dwie ale tylko jedna mi wyszła na zdjęciach)


Pańszczyzna odrobiona, czyli napisałam posta :/
Ten blog umiera tylko i wyłącznie z powodu mojego niechciejstwa. A tyle niby miałabym do opowiedzenia gdyby tylko mi się chciało  jak mi się nie chce...

niedziela, 8 czerwca 2014

Dendrologia na Stepach ;) - Dęby

Pomimo nazwy, na moich Stepach sporo jest różnistych drzew.
Głównie to za sprawą moich rodziców, którzy mają fizia na punkcie nasadzeń  i z uporem maniaków, ciągle sadzą, przesadzają i dosadzają różniste okazy. I tak w krainie rzepaku i kartofla, wyrosła sobie przez te piętnaście latek, niewielka zielona wyspa. Widać ją z daleka, ale ze względu na gęste nasadzenia żywopłotów głównie z zewnątrz  :)
Co tam sobie rośnie w środku  to już zupełnie inna  historia.
Dziś jednak chciałabym pokazać dumę gospodarstwa czyli Nasz Dąb. Nie bez powodu dużymi literami go opisuję :)
Jest on chlubą  mojej mamy, która uważa go za swoją perłę w koronie. Dąb przybył do nas wraz z farmą i nie został, jako jeden z niewielu posadzony przez nas. Zresztą chyba byśmy  raczej nie dali rady,  leśnicy którzy go oceniali, dawali mu nieco ponad  setkę :)
Wygląda tak


Z bliska trochę lepiej idzie ocenić jakie to duże drzewo ;)



A zresztą wielkość w ogóle ciężko złapać, a już szczególnie jak się nie za bardzo  potrafi  robić zdjęcia i ma do dyspozycji komórkę, zamiast wypasionej lustrzanki ;)
Cóż, dodam  tylko, że  próbując objąć pień, ledwie ledwie smyra się palcami  z współobejmowaczem stojącym z drugiej strony :D


Bardzo pięknie także wygląda bluszcz wspinający się po pniu. Kiedyś zastanawiałam się czy nie szkodzi on drzewu, ale jakiś zapytany o to specjalista zaprzeczył, ponoć to mit, a bluszcz nawet duży i silny nie powinien zaszkodzić tak dużemu drzewu. A wygląda to czarodziejsko.

Oprócz Dębu rosną u nas jeszcze dęby  oraz Bonsai :)
Bonsai też jest nieco specjalny. Rośnie on sobie  gdzieś daleko w polu, na takiej dziwnej kupie kamieni (według poprzedniego właściciela jest to pozostałość po kamieniach granicznych, ale co to za kamienie  i czego granica to nikt  nie potrafi nam  wyjaśnic)


Również przyszedł on do nas wraz z posiadłością.
Na początku  byłam przekonana, że to jakaś malutka samosiejka, młody dąbek, którego wywiało na to wygwizdowo. Ale przy bliższym zapoznaniu okazało się, że jest on dosyć stary. Na pewno nie tak wiekowy jak Dąb, ale znacznie starszy niż wyglądał na pierwszy rzut oka. Ma bardzo gruby pień i jest pokręcony i sponiewierany przez wiatry, które w tym miejscu przewalały się zawsze z pełną prędkością. W górę korona  zaczęła rosnąć dopiero, gdy został nieco osłonięty - od zachodu, na granicy działki został posadzony rząd brzóz, robiących za  poduchę i wiatrołap. Ma swój urok, bo rośnie w dziwnym miejscu i sprawia wrażenie trochę magicznego.  Problem jest z nim taki, że stoi centralnie na celowniku ekspresówki - to właśnie przez ten kawałek ziemi ma   ona przechodzić. To smutne, tyle przetrwał i nie wiadomo czy będzie miał szansę wyrosnąć na prawdziwe duże drzewo.  To chociaż tak go upamiętnię :(


Bez kopytnych oczywiście  się nie obędzie :D

A ze spraw gospodarskich to ogłaszam iż serowarnia ruszyła :)

Znalazłam nowego dostawcę mleka i jestem bardzo zadowolona  bo ta pani w ogóle nie oddaje do mleczarni, tylko bezpośrednim odbiorcom i przez to stosuje jakąś tonę chemii mniej :D A to jak się zdążyłam przekonać znacząco wpływa na smak i wydajność serka :) Ostatni rekord - ser świeży podpuszczkowy, robiony na przepisie na ser koryciński, to 1800g sera z 10l mleka! Żważone po wyjęciu z solanki i osuszeniu, oczywiście jeszcze straci na wadze, ale to normalne zjawisko.  Tak więc jestem bardzo zadowolona i zaczynam się mocno zastanawiać, kto  to twierdził, iż własnoręczna produkcja sera się w ogóle nie opłaca?! Nawet czysto finansowo patrząc, to gdzie ja dostanę porządny nie napakowany  olejem i konserwantami, ser z mleka, popuszczki i soli (bo tylko to dodaję do przepisu), w cenie 15zł/kg!?


Kolejny punkt programu - serki parzone typu oscypek, korycińskie mogę już robić z zamkniętymi oczyma, a zaczynają mnie kusić kolejne wyzwania :D Ogranicza mnie jedynie pojemność lodówki i brak dojrzewalni :(

I tak się toczy.
Teraz proszę trzymać kciuki, będziemy poskramiali złośnicę.
Dziękuję Aldonie, za podpowiedzenie sposobu. Jeśli zadziała to pewnie się pochwalę. Wreszcie pomysł jak zmusić Furię do  zaprzestania terroryzowania słabszych w stadzie i może uda mi się wyprowadzić wiecznie chorą (skopaną) nogę Boni do normalności  :)

wtorek, 11 marca 2014

Pikną wiosnę mamy tej zimy...

Jestem przesądna, więc ciągle wożę łopatę do śniegu w aucie.
I łańcuchy.
Za to wypakowałam sanki, których nawet nie zdążyliśmy użyć, bo najpierw Szkodniki były chore, a potem nie było śniegu.
No to w zeszłą pięęękną wiosenno-marcową sobotę je wypakowałam.
A sobota była na tyle piękna, że przyjechali znajomi  ze stadem dzieciaków i zrobiliśmy im frajde z konikami. Tzn dzieciakom nie qnikom :)
Qnie były raczej obrażone, że je z przeobiedniej  drzemki wyrwaliśmy. Ale były zadziwiająco grzeczne, nikt nie spadł  i nikt nie rozrabiał :)
Zresztą zdjęcia mówią same za siebie

Duże kulbaki mają tą przewagę, nad sportowymi siodłami, że w razie potrzeby mogą stać się wieloosobowe :D







Czterolatka na pełnowymiarowym qniu i wielkiej  wojskowej kulbace wygląda  słodko  ;)
Fajnie było, ciepło że aż nie do uwierzenia.  Chyba z trzy godziny dzieciaki zasuwały po dworze.
Ale krowy jeszcze siedzą  w oborach, więc mleka na ser nie przywiozłam. Jak wyjdą to będę męczyć sąsiadkę.

Za to udało mi się na tyle podpędzić zakwas na chleb, że wreszcie jest wystarczająco silny, by nie trzeba było  dodawać drożdży. A chlebek wyszedł pyszny, smakuje jak chleb, jest lekko wilgotny jak należy i ma ten charakterystyczny "chlebowy" posmaczek.


Zdjęcie nędzne, ale lepsze nie będzie, bo chleb już mocno napoczęty.
Dodam tylko, że jest pieczony w maszynie do chleba. Tak wiem że to zgroza, wstyd i poruta, ale w mieszkanku  w bloku nie mam jak postawić sobie porządnego pieca  chlebowego. A piekarniku jakoś mi nie wychodzi, nie wiem czemu, więc gdy Teściowa kupiła nam w prezencie maszynę do chleba to nie protestowałam specjalnie. I maszyna okazała się być wybitnie użytkowa i w przeciwieństwie do tysiąca innych tego typu kuchennych "wynalazków", które zwykle po pierwszym szale lądują gdzieś głęboko w szafkach, praktycznie cały  czas jest w robocie :) Ponieważ Troll Młodszy nadal dostaje sraczki na wszelkie  wypieki z lokalnych piekarni (nie mam pojęcia co oni tam dodają, nawet na drożdżach z maszyny mu nie szkodzi) to chlebek nastawiam praktycznie codziennie. Na zakwasie nieco rzadziej, bo to wymaga specjalnych przygotowań i trzeba pamiętać o wyjęciu i podpędzeniu zakwasu dzień wcześniej,  ale już mam wypracowaną technikę żeby nawet mocno żytni chlebek dobrze się przefermentował i wypiekł :)
A to diabelskie urządzenie mogę  polecić każdemu kto lubi świeże pieczywko co rano, a nie przeszkadza mu wygląd cegły i dziura po łopatce od spodu. Mnie to nie boli, więc korzystam z wygody.
I korzystają moje plecy  nadwerężone przy przewlekaniu nicielnic w krośnie. Jakbym jeszcze miała chleb wyrabiać to chyba by mi coś piardło  ;|

wtorek, 11 lutego 2014

Wielkie G....

Przez ponad trzy tygodnie, byłam uziemiona z chorymi, smarczącymi i kaszlącymi Trollami w domu. Więc w sumie nie było za bardzo o czym pisać.
Teraz właściwie też nie ma, poza tym że  chyba niedługo umrze ostatni z dogów niemieckich mojej mamy - Greta. I tak długo, ma już 13 lat przy średniej długości życia dogów około ośmiu. Ale i tak przykro.

Ja zresztą dopiero w ostatnią sobotę zdołałam się wybrać "na włości", nawet przemyśliwaliśmy pojeździć, ale podłoże było takie, że odpuściliśmy.
Z ciekawostek to testujemy nowy sposób nawożenia pastwiska. Wygląda to tak:

Dla niezorientowanych jest to gnój. Po iluś tam latach szarpania się z  wciąganiem taczki na górę gnojową, walki z osami, a potem błagania sąsiadów, żeby wzięli to rozwalili po polu, poszłyśmy z mamą po rozum do głowy. I  pojawił się pomysł, żeby nasze pastwisko ściółkować od razu. Jest na nie niewiele dalej niż na gnojownik, teren jest płaski więc wyjechanie te paredziesiąt metrów dalej taczką i szybkie rozgarnięcie tego widłami zajmuje porównywalnie dużo czasu i wysiłku  co układanie pryzmy. Na razie z 1ha zarzucona jest około połowa. Nieźle jak na w sumie dwa miesiące. My mamy problem z głowy, a pastwisko może trochę odżyje, na razie konie po nim siłą rzeczy nie chodzą. Sąsiad stwierdził że to niezły pomysł, choć jak dla niego za dużo roboty, ale on sam ma maszyny a my nie, więc robimy eksperyment :) Tak naprawdę to gnój u nas  się zbiera jedynie przez  miesiące zimowe, podczas których konie są zabierane na noc do stajni. W  pozostałą część roku, gdy stoją pod chmurką kwestia pryzmy gnojowej sama się rozwiązuje  ;) Więc jeśli uda się zarzucić całe albo większość tego pastwiska to będzie nieźle.

A koń zimą jaki jest każdy widzi ;)
Całkiem nieźle wygląda jak na swoje 22 lata :)



I ma fajne futerko :D choć widywałam już bardziej efektowne  podczas dłuższych i cięższych zim


Bajki noga wygląda kiepsko, kowal prowadzi ją na wysoką piętkę ale szczerze wątpię by kiedykolwiek udało się ten staw ustawić.
Co spojrzę to mam ochotę wypatroszyć tego konowała, co piętnastoletniemu koniowi chciał "nogi wyprostować". Na razie Bajka sobie spokojnie łazi, ani kowal ani weterynarz nie ściemniają że się ją da wyleczyć. Próbujemy zrobić co się da. Oby ortopedyczne podcinanie w końcu sprawiło że będzie jej lżej. Na szczęście nie jest jeszcze tak źle, żebyśmy musieli przemyśliwać eutanazję.  Na samą myśl mam traumę...

A jako wisienkę na torcie to informuję iż nasza wspaniała GDKiA przyklepała naszą ekspresówkę

można sobie poczytać tutaj

Krew mnie zalała, tym bardziej że dowiedziałam się dokładnie w ostatni dzień w który według ustawy mogłabym składać jakieś zażalenia i uwagi. I to wieczorem. Co ja kuźwa za uwagi miałabym niby składać?! Że nie życzę sobie tej drogi?! Dostałabym co najwyżej grzeczną odpowiedź że mam spadać na drzewo. Albo mniej grzeczną żebym nie podskakiwała bo mi ktoś koło pióra zrobi :/
Muszę znaleźć jakiegoś prawnika, który mi wyjaśni jak chłop krowie na rowie czy ja w ogóle mam teraz jakieś prawa czy po prostu "won z ziemi" jak twierdzi internet.
Jedyne pocieszenie, że raczej nie ruszą tego przed 2018. I to pod warunkiem że będzie kasa.
Ale i tak jakoś głośniej  usłyszałam tykanie pod tyłkiem :/ 

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Miało być pięknie a wyszło jak zawsze...

Długo mnie tu znowu nie było.
I to nie dlatego że nic się nie działo.
Najlepiej niech to "dzianie się" szlag trafi.
Z przyległościami  :/

W weekend przed świętami siedziałam jak durna na świątecznym jarmarku w galerii Szperk. Sprzedałam dokładnie ZERO. NIC. NULL. Czy może mi ktoś wytłumaczyć gdzie niby ta przedświąteczna gorączka zakupowa, festiwal konsumpcji i  "handlowe żniwa"?! Bo ja chyba żyję w jakiejś wirtualnej rzeczywistości, w której współczesna świątynia handlu (fakt że trochę poboczna ale w końcu obsługuje całkiem duży kawałek Trójmiasta), w najgorętszy  przedświąteczny weekend, JEST PUSTA?! Bo ta nędza nie dotyczyła tylko naszego jarmarku. W sklepach też BYŁO PUSTO! Ja tego nie rozumiem, poddaję się i grzecznie wracam na swoje podwórko :/ Wyleczyłam się chyba skutecznie z wszelkich takich zabaw.

Zdążyłam po tym zakichanym jarmarku wrócić  do domu, wypiłam se  piwo na pocieszenie,  zracjonalizowałam w głowie porażkę  i zaplanowałam ciąg dalszy. W nocy szanowny Troll Młodszy  najpierw wył przez większość czasu, a na koniec zafundował sobie duszności przerywane wyciem. Nie czekając, spakowałam siebie i Trolla i niczym nocna zmora o 4 nad ranem pojechałam na pogotowie. Na pogotowiu o dziwo wiatr hulał, więc za 5 minut pojawił się nieco zmięty lekarz, który tylko  spojrzał na Trolla, mnie nie zaszczycając nawet  spojrzeniem a co dopiero "dzień dobry" (zresztą ja bym tak po  prawdzie też tego nie zakwalifikowała ani jako "dzień" ani tym bardziej "dobry") i wypisał mi skierowanie do szpitala . Diagnoza - podejrzenie zapalenia płuc. Wylądowaliśmy więc na izbie przyjęć (także o dziwo pustej, uwaga zainteresowani, wygląda na to że godziny pomiędzy 3 a 5 rano są najlepszymi by dostać się w służbie zdrowia gdziekolwiek bez kolejek), a  chwilę później na oddziale dziecięcym. Troll dostał leki rozkurczowe i antybiotyk, a ja pointegrowałam się z sąsiadką przyjętą dzień wcześniej z identycznym zasmarkańcem. Różnica była taka, że  mój miał dopiero początki, a tamten zafundował sobie od razu pełne obustronne zapalenie płuc z wszelkimi możliwymi komplikacjami. Studenci i Pani Doktor osłuchiwali go niemal z zachwytem, jako idealny obiekt do diagnozy.
Plany świąteczne oczywiście diabli wzięli, wyjazd do rodziny odprawiłam we wtorek zawożąc babcię i załapałam się na wigilijną kolację. Okrojoną zresztą do minimum, bo moja mama usłyszawszy o chorobie zasmarkańca, poczuła wielką niemoc twórczą i odpuściła sobie gotowanie jak dla pułku wojska. I nawet na złe to nie wyszło, pierwszy raz  w życiu chyba nikt nie narzekał na przeżarcie i tony jedzenia się nie zmarnowały. I tak przebujaliśmy się przez całe święta do czwartku, zmieniając się z Nieuczesanym przy pilnowaniu obu Trolli. Troll Młodszy gdy tylko dostał leki, to poczuł się lepiej i obawiałam się że razem z kumplem z sali zaraz  rozmontuje szpital.  Gdy wychodziliśmy, Panie pielęgniarki żegnały nas z widoczną ulgą. Nie że narzekam na pediatrię w Redłowie. Nigdy w życiu, to najlepszy  oddział w  Trójmieście i będę się tego trzymać. Nawet polówki dla rodziców mają i mało tego od bidy da się na nich wyspać. Czego nie mogę powiedzieć o onkologii dziecięcej i chirurgii dziecięcej w Gdańsku, na których też co nieco  czasu w przeklętym 2013 spędziliśmy :/  Ale to zupełnie inna historia.
No więc wyszliśmy w czwartek.
W ramach odstresowania wzięłam się więc za pierwszą paczkę z wełny świniarki, która przyszła tydzień wcześniej, a której nawet nie miałam kiedy otworzyć. Posortowałam sobie przez drobne 5 godzinek te 10kg wełny, co skutecznie wyleczyło mnie z pomysłu by zacząć jeszcze drugą paczkę i poszłam spać.
Niedługo później zaczęłam cierpieć.
Dokładnego opisu cierpień oszczędzę, dodam tylko że były wielkie i przeciętnie co 10 minut kończyły się modlitwą do świętego sedesu.
W środku nocy te same cierpienia dopadły Trolla Młodszego.
I tak sobie cierpieliśmy solidarnie przez dwa dni, po których my się pozbieraliśmy, a cierpienia dopadły Nieuczesanego i Trolla Starszego. Wtedy już wiedziałam, że przywlekliśmy se ze szpitala niespodziankę - rotawirusa zwanego potocznie grypą żołądkową  :/ Na szczęście łapnęło nas na raty, więc gdy ja cierpiałam to Nieuczesany zasuwał z pieluszkami, smectą, zmianami pościeli, ręcznikami itp. A gdy jego zmogło, to ja byłam już w na tyle dobrym stanie, że przejęłam rolę pielęgniarki. I tak mniej więcej do poniedziałku, który okazał się być poniedziałkiem przed-sylwestrowym. Całe szczęście nie planowaliśmy żadnych wyjść i sylwestra spędziliśmy już zgodnie z planami - położyliśmy Trolle spać i pojechaliśmy ;-) polować na Leszego do puszczy Dębowej . Nad ranem cierpienia dopadły naszego Miszcza Gry :/

W każdym bądź razie jakoś zdołaliśmy się dotelepać do soboty i kolejnej wizyty gospodarskiej  w Schurrow. Miłosciwie nam panujący 2014 przywitał nas wiosenną aurą i nawet zdołaliśmy osiodłać kopytne i zrobiliśmy sobie spacer.
 Bonita (nie kulejąca ponoć według mojej mamy, od ponad dwóch tygodni)  po powrocie zaczęła utykać na drugą z kolei przednią nogę. Machnęłam ręką, przeszło jej dnia następnego.






Fajna pogoda nie nie?
W kolejnym tygodniu już lało cały dzień, więc tylko tyle że zrobiłam trochę ordnungu z ciuchami średniowiecznymi.
Pod dachem ;|
Serowarnia zawiesiła działalność do wiosny, gdy krowy wyjdą na pastwiska. Bo teraz jednak smak już nie ten, muszę pilnować żeby robić wtedy kiedy mleko jest najlepsze.

A dzisiaj chyba przyszła zima, spadło trochę śniegu i drogi wyglądają jak lodowisko.
Jeśli nie stopnieje to za parę dni ludzie się przyzwyczają i skończy się  panika.  A podniecać się nie ma co, i tak mieliśmy długo ciepło. Oby tylko nie oznaczało to przesunięcie się pory roku i mrozów w kwietniu :/

No  nic, wracam do pracy, bo obiecałam jednej milej Pani zrobienie próbek i zdjęć owych próbek. Same się niestety nie utkają :/