poniedziałek, 13 stycznia 2014

Miało być pięknie a wyszło jak zawsze...

Długo mnie tu znowu nie było.
I to nie dlatego że nic się nie działo.
Najlepiej niech to "dzianie się" szlag trafi.
Z przyległościami  :/

W weekend przed świętami siedziałam jak durna na świątecznym jarmarku w galerii Szperk. Sprzedałam dokładnie ZERO. NIC. NULL. Czy może mi ktoś wytłumaczyć gdzie niby ta przedświąteczna gorączka zakupowa, festiwal konsumpcji i  "handlowe żniwa"?! Bo ja chyba żyję w jakiejś wirtualnej rzeczywistości, w której współczesna świątynia handlu (fakt że trochę poboczna ale w końcu obsługuje całkiem duży kawałek Trójmiasta), w najgorętszy  przedświąteczny weekend, JEST PUSTA?! Bo ta nędza nie dotyczyła tylko naszego jarmarku. W sklepach też BYŁO PUSTO! Ja tego nie rozumiem, poddaję się i grzecznie wracam na swoje podwórko :/ Wyleczyłam się chyba skutecznie z wszelkich takich zabaw.

Zdążyłam po tym zakichanym jarmarku wrócić  do domu, wypiłam se  piwo na pocieszenie,  zracjonalizowałam w głowie porażkę  i zaplanowałam ciąg dalszy. W nocy szanowny Troll Młodszy  najpierw wył przez większość czasu, a na koniec zafundował sobie duszności przerywane wyciem. Nie czekając, spakowałam siebie i Trolla i niczym nocna zmora o 4 nad ranem pojechałam na pogotowie. Na pogotowiu o dziwo wiatr hulał, więc za 5 minut pojawił się nieco zmięty lekarz, który tylko  spojrzał na Trolla, mnie nie zaszczycając nawet  spojrzeniem a co dopiero "dzień dobry" (zresztą ja bym tak po  prawdzie też tego nie zakwalifikowała ani jako "dzień" ani tym bardziej "dobry") i wypisał mi skierowanie do szpitala . Diagnoza - podejrzenie zapalenia płuc. Wylądowaliśmy więc na izbie przyjęć (także o dziwo pustej, uwaga zainteresowani, wygląda na to że godziny pomiędzy 3 a 5 rano są najlepszymi by dostać się w służbie zdrowia gdziekolwiek bez kolejek), a  chwilę później na oddziale dziecięcym. Troll dostał leki rozkurczowe i antybiotyk, a ja pointegrowałam się z sąsiadką przyjętą dzień wcześniej z identycznym zasmarkańcem. Różnica była taka, że  mój miał dopiero początki, a tamten zafundował sobie od razu pełne obustronne zapalenie płuc z wszelkimi możliwymi komplikacjami. Studenci i Pani Doktor osłuchiwali go niemal z zachwytem, jako idealny obiekt do diagnozy.
Plany świąteczne oczywiście diabli wzięli, wyjazd do rodziny odprawiłam we wtorek zawożąc babcię i załapałam się na wigilijną kolację. Okrojoną zresztą do minimum, bo moja mama usłyszawszy o chorobie zasmarkańca, poczuła wielką niemoc twórczą i odpuściła sobie gotowanie jak dla pułku wojska. I nawet na złe to nie wyszło, pierwszy raz  w życiu chyba nikt nie narzekał na przeżarcie i tony jedzenia się nie zmarnowały. I tak przebujaliśmy się przez całe święta do czwartku, zmieniając się z Nieuczesanym przy pilnowaniu obu Trolli. Troll Młodszy gdy tylko dostał leki, to poczuł się lepiej i obawiałam się że razem z kumplem z sali zaraz  rozmontuje szpital.  Gdy wychodziliśmy, Panie pielęgniarki żegnały nas z widoczną ulgą. Nie że narzekam na pediatrię w Redłowie. Nigdy w życiu, to najlepszy  oddział w  Trójmieście i będę się tego trzymać. Nawet polówki dla rodziców mają i mało tego od bidy da się na nich wyspać. Czego nie mogę powiedzieć o onkologii dziecięcej i chirurgii dziecięcej w Gdańsku, na których też co nieco  czasu w przeklętym 2013 spędziliśmy :/  Ale to zupełnie inna historia.
No więc wyszliśmy w czwartek.
W ramach odstresowania wzięłam się więc za pierwszą paczkę z wełny świniarki, która przyszła tydzień wcześniej, a której nawet nie miałam kiedy otworzyć. Posortowałam sobie przez drobne 5 godzinek te 10kg wełny, co skutecznie wyleczyło mnie z pomysłu by zacząć jeszcze drugą paczkę i poszłam spać.
Niedługo później zaczęłam cierpieć.
Dokładnego opisu cierpień oszczędzę, dodam tylko że były wielkie i przeciętnie co 10 minut kończyły się modlitwą do świętego sedesu.
W środku nocy te same cierpienia dopadły Trolla Młodszego.
I tak sobie cierpieliśmy solidarnie przez dwa dni, po których my się pozbieraliśmy, a cierpienia dopadły Nieuczesanego i Trolla Starszego. Wtedy już wiedziałam, że przywlekliśmy se ze szpitala niespodziankę - rotawirusa zwanego potocznie grypą żołądkową  :/ Na szczęście łapnęło nas na raty, więc gdy ja cierpiałam to Nieuczesany zasuwał z pieluszkami, smectą, zmianami pościeli, ręcznikami itp. A gdy jego zmogło, to ja byłam już w na tyle dobrym stanie, że przejęłam rolę pielęgniarki. I tak mniej więcej do poniedziałku, który okazał się być poniedziałkiem przed-sylwestrowym. Całe szczęście nie planowaliśmy żadnych wyjść i sylwestra spędziliśmy już zgodnie z planami - położyliśmy Trolle spać i pojechaliśmy ;-) polować na Leszego do puszczy Dębowej . Nad ranem cierpienia dopadły naszego Miszcza Gry :/

W każdym bądź razie jakoś zdołaliśmy się dotelepać do soboty i kolejnej wizyty gospodarskiej  w Schurrow. Miłosciwie nam panujący 2014 przywitał nas wiosenną aurą i nawet zdołaliśmy osiodłać kopytne i zrobiliśmy sobie spacer.
 Bonita (nie kulejąca ponoć według mojej mamy, od ponad dwóch tygodni)  po powrocie zaczęła utykać na drugą z kolei przednią nogę. Machnęłam ręką, przeszło jej dnia następnego.






Fajna pogoda nie nie?
W kolejnym tygodniu już lało cały dzień, więc tylko tyle że zrobiłam trochę ordnungu z ciuchami średniowiecznymi.
Pod dachem ;|
Serowarnia zawiesiła działalność do wiosny, gdy krowy wyjdą na pastwiska. Bo teraz jednak smak już nie ten, muszę pilnować żeby robić wtedy kiedy mleko jest najlepsze.

A dzisiaj chyba przyszła zima, spadło trochę śniegu i drogi wyglądają jak lodowisko.
Jeśli nie stopnieje to za parę dni ludzie się przyzwyczają i skończy się  panika.  A podniecać się nie ma co, i tak mieliśmy długo ciepło. Oby tylko nie oznaczało to przesunięcie się pory roku i mrozów w kwietniu :/

No  nic, wracam do pracy, bo obiecałam jednej milej Pani zrobienie próbek i zdjęć owych próbek. Same się niestety nie utkają :/