wtorek, 11 marca 2014

Pikną wiosnę mamy tej zimy...

Jestem przesądna, więc ciągle wożę łopatę do śniegu w aucie.
I łańcuchy.
Za to wypakowałam sanki, których nawet nie zdążyliśmy użyć, bo najpierw Szkodniki były chore, a potem nie było śniegu.
No to w zeszłą pięęękną wiosenno-marcową sobotę je wypakowałam.
A sobota była na tyle piękna, że przyjechali znajomi  ze stadem dzieciaków i zrobiliśmy im frajde z konikami. Tzn dzieciakom nie qnikom :)
Qnie były raczej obrażone, że je z przeobiedniej  drzemki wyrwaliśmy. Ale były zadziwiająco grzeczne, nikt nie spadł  i nikt nie rozrabiał :)
Zresztą zdjęcia mówią same za siebie

Duże kulbaki mają tą przewagę, nad sportowymi siodłami, że w razie potrzeby mogą stać się wieloosobowe :D







Czterolatka na pełnowymiarowym qniu i wielkiej  wojskowej kulbace wygląda  słodko  ;)
Fajnie było, ciepło że aż nie do uwierzenia.  Chyba z trzy godziny dzieciaki zasuwały po dworze.
Ale krowy jeszcze siedzą  w oborach, więc mleka na ser nie przywiozłam. Jak wyjdą to będę męczyć sąsiadkę.

Za to udało mi się na tyle podpędzić zakwas na chleb, że wreszcie jest wystarczająco silny, by nie trzeba było  dodawać drożdży. A chlebek wyszedł pyszny, smakuje jak chleb, jest lekko wilgotny jak należy i ma ten charakterystyczny "chlebowy" posmaczek.


Zdjęcie nędzne, ale lepsze nie będzie, bo chleb już mocno napoczęty.
Dodam tylko, że jest pieczony w maszynie do chleba. Tak wiem że to zgroza, wstyd i poruta, ale w mieszkanku  w bloku nie mam jak postawić sobie porządnego pieca  chlebowego. A piekarniku jakoś mi nie wychodzi, nie wiem czemu, więc gdy Teściowa kupiła nam w prezencie maszynę do chleba to nie protestowałam specjalnie. I maszyna okazała się być wybitnie użytkowa i w przeciwieństwie do tysiąca innych tego typu kuchennych "wynalazków", które zwykle po pierwszym szale lądują gdzieś głęboko w szafkach, praktycznie cały  czas jest w robocie :) Ponieważ Troll Młodszy nadal dostaje sraczki na wszelkie  wypieki z lokalnych piekarni (nie mam pojęcia co oni tam dodają, nawet na drożdżach z maszyny mu nie szkodzi) to chlebek nastawiam praktycznie codziennie. Na zakwasie nieco rzadziej, bo to wymaga specjalnych przygotowań i trzeba pamiętać o wyjęciu i podpędzeniu zakwasu dzień wcześniej,  ale już mam wypracowaną technikę żeby nawet mocno żytni chlebek dobrze się przefermentował i wypiekł :)
A to diabelskie urządzenie mogę  polecić każdemu kto lubi świeże pieczywko co rano, a nie przeszkadza mu wygląd cegły i dziura po łopatce od spodu. Mnie to nie boli, więc korzystam z wygody.
I korzystają moje plecy  nadwerężone przy przewlekaniu nicielnic w krośnie. Jakbym jeszcze miała chleb wyrabiać to chyba by mi coś piardło  ;|