sobota, 30 sierpnia 2014

Jak nie urok to słuchawki...

Czarnejdupy ciąg dalszy.
Szlag mi trafił słuchawki
Znowu.
Kabel se przytrzasnęłam drzwiami, gdy jednocześnie próbowałam ogarnąć uciekającego Klopsa, wyjącą Rozczochraną, zatrzymać stopą próbującego się wydostać na wolność AntyKrólika, tłumacząc że na welocypedowy rajd po dzielni pojedziemy jak wrócą z przedszkola. Gdy wreszcie udało mi się uciszyć armageddon, wcisnąć stopą kicającą zagładę do środka,  przytrzymać jedną ręką próbującego odjechać na schody na biegówce  Klopsa, drugą ręką na której wisiała mi Rozczochrana, wsunąć klucz  w zamek i przekręcić, ze zwycięską pieśnią na ustach odwróciłam się i okazało się że przytrzasnęłam sobie kabel :/ I zadyndał sobie szyderczo, popatrując na mnie ze szpary.
Dla mnie to katastrofa na miarę zatonięcia Titanica.
No bo jak tu żyć bez słuchawek pytam, no jak?!
Jedni jarają, drudzy piją, trzeci oglądają porno na internecie, czwarci  wrzucają zdjęcia swoich dzieci/kotów/podróży na portalozę, a ja NIE POTRAFIĘ ŻYĆ BEŻ PODRĘCZNEJ MUZYKI. A słuchawki są jej integralną częścią, jeśli nie  dyndają mi na szyi to czuję się naga. Nerwowa się robię gdy nie mam tego lekkiego ucisku na głowie. No ostatecznie po prostu muszą być pod ręką,  przynajmniej w torbie :/
I nie żeby mi się one normalnie nie psuły, o nie.
Psują się zwykle w absolutnie przewidywalny sposób, po dwóch miesiącach, no maksymalnie po pół roku, doprowadzając mnie regularnie do szewskiej pasji. Przełamuje się kabelek przy wtyku i po prostu wyłącza mi się fonia z jednej strony. Z reguły w lewej, nie mam zielonego pojęcia dlaczego. Nauczona doświadczeniem, mam specjalną skrzyneczkę w której trzymam paragony.   Złośliwie oczywiście, ponieważ wietrzę  w tym psuciu spisek producentów, którzy próbują na mnie wymusić ciągłe kupowanie nowych słuchawek. Ale ponieważ rękojmia czy jak to się tam teraz nazywa, gwarantuje mi że jeśli w przeciągu 24 miesięcy od daty sprzedaży coś mi się zepsuje (tak  jak ten nieszczęny wtyk) to regularnie melduje się w sklepie, wypisuję reklamację i odbieram albo kasę albo nowy towar. Biznes się kręci, sklep ma sprzedaż (podejrzewam że akcjonariuszom nie przekazuje się statystyk odnośnie zwrotów) a ja morduję kolejną parę.  To była ósma  w tym roku. Chyba idę na rekord. Nie mam pojęcia czy tylko mnie się tak psują? No przecież ja nie robię z nimi nic takiego co by mogło sprawić że zużywają się szybciej niż gimbazie na ten przykład. No fakt używam ich ciągle i namiętnie, ale czy to jest powód by producenci sprzedawali ciągle krap który nawet połowy terminu gwarancji nie dotrwa? No i teraz mój magiczny krąg się przerwał razem z tym  przeklętym kablem. Bo o ile można się skarżyć na połowiczną fonię, to braku kabla nie da się raczej wytłumaczyć "wadami ukrytymi" :/
By to szlag.
Pocieszyło mnie że  słuchawki były nędzne.
Ponieważ  z założenia nie kupuję  drogich.
Raz kupiłam, zepsuły się tak samo jak wszystkie poprzednie a było to w czasach jeszcze przedparagonowych i  nawet wymienić ich nie mogłam. A tak po prostu idę do sklepu i patrzę co tam mają akurat  w promocji i biorę  co ma najlepszy stosunek ceny do parametrów. Ale czasem nie mają nic ciekawego więc biorę "na razie" co jest. Z myślą że miesiąc się przemęczę, a wtedy może już coś sensownego się trafi. No i tym razem były to takie zapchajdziury. Przez chwilkę do mojego żądającego decybeli mózgu przedarła się myśl, że to może dobry pretekst do odwyku. Przepędziłam ją czym prędzej, skoro inni mogą sobie psuć płuca dymem tytoniowym, albo alkiem, to ja mam święte prawo psuć obie uszy. Jak ogłuchnę to się będę martwić. No więc wygrzebałam zaskórniak, odstawiłam Szkodniki do najwspanialszego przybytku na dzielni i ruszyłam do lokalnej świątyni konsumpcji. Dodam tylko  iż zwykle udaję się tam wyłącznie w chwilach najwyższej potrzeby. Czyli zwykle jak mi się słuchawki zepsują. Do tej pory miałam tam dwie opcje - duży market mydło-szydło-powidło-i słuchawki albo gównianą średniopowierzchniówkę z elektroniką.  W tym drugim mam wrażenie że sprzedawcy nabawili się na mój widok nerwowych tików, więc wrodzona złośliwość kazałaby mi normalnie udać się do niego, by biednych słabo opłacanych "konsultantów" znów przyprawić o palpitacje, ale przypomniałam sobie, że nasza świątynia całkiem niedawno rozbudowała się znacznie i coś mi zadzwoniło że powstała tam jakaś zupełnie nowa placówka z interesującym mnie działem. No dobra, tam mnie jeszcze nie znają, a ponieważ konto czyste i tak muszę gotówkę wysupłać to idziemy zobaczyć co tam dają. I tak trafiłam do mojego prywatnego raju. Bo się okazało, że nowy sklep posiada caluteńki regał pełen  rzeczonego sprzętu, w najróżniejszych cenach, markach i dizajnie! I do tego z każdego modelu, mieli po jednej sztuce wyłożonej by można sobie podłączyć i wypróbować! Raj odzyskany normalnie. Kurczę gdybym ja wiedziała wcześniej że tak to może w sklepach wyglądać, to stałabym się ich wiernym klientem. Bo ja ogólnie nienawidzę centrów handlowych i udaję się tam zwykle niczym na zesłanie, a tym razem spędziłam tam bite półtorej godziny, gapiąc się na regały, ceny i marki i kolejno próbując różnych opcji i groźnie popatrując na niepewnych moich zamiarów sprzedawców, delikatnie próbujących wybadać czego szukam. Otóż ja szukam, ale to moje  uszy mają to lubić i znosić a nie czyjeś. Ustawiłam więc sobie na mp3 piosenki- masakratory które najlepiej  wykazują wszelkie rzężenia, wycia, przegłosy, trzaski i stukoty. Założyłam sobie nawet na próbę z ciekawości jakieś mega drogie nauszniki. I swoją drogą to nie rozumiem co może kosztować  w takim pałąku z uszami 800 zybli :/ Ale pierwszy raz w życiu miałam okazję sprawdzić czy warto. I stwierdziłam że jednak nie bardzo. Meloman w końcu ze mnie żaden, przyzwoity dzwięk absolutnie mi wystarcza. I tak znalazłam ideał, w promocji za 50 złociszy. Bogini wie iż tym  razem byłam skłonna wydać nieco więcej, ale się okazało że mają  wszystko co potrzeba - dobre walnięcie w metalu, nie skrzypią przy symfoniach, a głośność wyprostowała mi loki na łbie i na chwilę zawiesiła system operacyjny, gdy podgłośniłam na full. Do tego były w różnych opcjach kolorystycznych, przez chwilę nawet zapatrzyłam się na amarantowy róż (tylko po to by  rodzina wstydziła się ze mna pokazywać), ale koniec końców wzięłam niebieskie. Kocham niebieski. Po prostu ideał!
Paragon oczywiście pieczołowicie  schowałam do skrzyneczki i obiecałam sobie że ów wspaniały sklep będzie miał we  mnie wiernego klienta. Swoją drogą zrobili sobie tym kuku, ale to już nie mój problem. Po cichu mam nadzieję że rzeczone słuchawki wytrzymają dłużej niż normalnie bo pasują mi idealnie. I chętnie bym ich nie wymieniała wcale  w tym momencie. Stare wywaliłam do siatki na elektronikę i z niechęcią skontastowałam że trzeba by to wszystko wreszcie wynieść do punktu odbioru. Taaaa qrna, straaaasznie daleko mam,  bo trzeba przejśc całe 50m za piekarnią :/ I od dwóch miesięcy sie zebrać do tej karkołomnej wyprawy nie mogę :/
Efekt tej całej  sytuacji jest taki że na chwilę poprawił mi się humor.
O jakiś jeden punkcik  w górę.
By niedługo potem spaść  o dziesięć bo się okazało, że nie mogę  pojechać odebrać od mamy  gręplarki, która od poniedziałku stoi na wsi, gdzie różnych przyczyn  kazałam ją wysłać :/
Idę  się pochlastać...

A jednym z testerów muzycznych był  ten kawałek:


Instrumentarium niby nie takie wielkie, ale spróbujcie tego posłuchać na kiepskich słuchawkach.  Przechodzi to wtedy w wycie, pianie i trzaski, dlatego bardzo chętnie używam tej piosenki żeby sprawdzić jakość dźwięku. A dodatkowo idealnie wpasowuje mi się w gówniany nastrój i nadaje się na  komentarz ostatnich wydarzeń :/ Cytując jednego znajomego "ależ ja bardzo lubię Rosjan! Świetni ludzie, doskonale się z nimi pije! Jedyne czego nie cierpię to ich przywódcy."

I tym mało pozytywnym akcentem kończę mój nie wiadomo czym inspirowany wywód. I gratuluję tym co dotrwali do końca i nie rozbili monitora ;|

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz