wtorek, 7 kwietnia 2015

I po jajach...

Jaja przyszły, jaja poszły i po jajach
No trochę kłamię, została mi jeszcze dobra pięćdziesiątka od kur sąsiada, takich co chodzą i dziubią (ale tak naprawdę eko sreko, wiem bo chodzimy z Szkodnikami te kury oglądać i podziwiać ;)). Oraz kolejne dwadzieścia sztuk przywiezionych przez Morgianę. I co ja mam teraz z tymi siedmioma dziesiątkami jajców zrobić? Przecie w życiu nie zdołam tego przejeść ;|
No cóż, nie pozostaje nic innego, jak tylko rozparcelować pomiędzy rodzinę.
Niech no tylko szanowni Rodziciele wrócą z zagramanicznych wojaży (a gołębie pocztowe przyniosły na moje zadupie informację, iż wracają jutro późnym wieczorem) to normalnie zarzucę ich tymi jajkami ;)
Aha no i przed ich powrotem trzeba by chyba trochę posprzątać.
Bo chałupa wygląda jakby tajfun przeszedł.
Tak po prawdzie to niedaleko było, bo gości mi się trochę przewinęło, a i Szkodniki spokojnie dają radę przy demolce. A ja nie do końca jestem teraz pewna co właściwie zostało zdemolowane. Bo oprócz wideł (urwałam rączkę), naciągniętego ogrodzenia (kopytne się złośliwie wywieszały), pękniętej misce do prania (Szkodniki się bawiły w Syzyfa na schodach na piętro, malowniczo się toczyła ze szczytu), to jest mnóstwo jakichś bliżej niezidentyfikowanych, przeżutych obiektów, które mogły być a) rękawiczkami/skarpetkami/szalikami, ktore dorwał i przeżuł Czarny Głupek b) rękawiczkami/skarpetkami/szalikami, które moja Mam dała z jakichś względów Czarnemu Glupkowi do przeżucia ;| I teraz nie mam zielonego pojęcia, które z tych obiektów przeżuł legalnie, a które nie bardzo. I obawiam się że po powrocie bystre oko Rodzicielki natychmiast określi właściwą przynależność, a ja zostanę oskarżona o niedopilnowanie gospodarstwa. To że Rodzicielce nie spodoba się także zapewne mój system sprzątania stajni, sposób odstawienia wideł pod ścianę, kolejność wywożenia boksów, technika operowania widłami przy rozścielaniu słomy itp to jestem pewna na bank. Ale zamierzam mężnie przyjmowac na klatę, kolejne pouczenia ;D Jak znam życie będzie mi to wypominać co najmniej dwa miesiące 8| Pozostaje zacisnąć zęby i z pokora przyjąć do wiadomości swoją ogólną niekompetencję ;) No bo przecie to była kwestia priorytetowa - ja zostaję i pilnuję gospodarki, a Rodziciele jadą do brata urzędującego na dalekiej północy. I to po raz pierwszy od paru lat, nikt kto nie zna mojej Mam, nie zdaje sobie sprawy jak ciężko ją ruszyć z jej gniazdka, nawet do pobliskiej gminy na zakupy, do Trójmiasta jedzie tylko w jakichś bardzo drastycznych wypadkach (typu pogrzeby, wizyta u dentysty albo dzień babci w przedszkolu). Wizyty w mieście rocznie można policzyć na palcach obu rąk. Tato niby rusza się nieco więcej, ale to głównie ze względu na obowiązki zawodowe. Jak nie musi, to równie ciężko go odspawać od jego ukochanego szałerka jak Mamę od ogródka. A tu musieliśmy ich wsadzić do samolotu i wysłać za morze na CAŁE OSIEM DNI! Przecież JAK JA SOBIE TUTAJ SAMA PORADZĘ?! No bo biedne pieski zginą z głodu i będę na nie krzyczeć więc się zestresują! A konie utoną w gnoju! A chałupa albo się sfajczy, albo nie dam rady rozpalić i zamarzniemy! No więc postawiłam sprawę twardo i zostałam zakwaterowana wraz z całą listą zakazów, nakazów, procedur, głośno wyrażanych obaw i tym podobnych. Tata nawet zrobił mi krótki kurs palenia w piecu co (coś wielkości lokomotywy, tylko one nie mają takiej przerażającej paszczy ;)) co do którego obiecałam sobie nie tykać go nawet długim kijem ;) Kominek ogarnę bez problemu, ale taka machineria mnie przerasta. Psy dostały dwa wory suchego żarcia (bo przecie ty bidna sobie nie poradzisz z ugotowaniem gara i rozłożeniem tego potem na miski;|) Kobyłom miałam nie sprzątać (taaaaa jasne, ciekawam kto by to potem wywoził bez ładowacza czołowego po tygodniu ;|) a Szkodniki dostały zakaz spadania ze schodów i antresoli.
No cóż :D
Przez pierwsze dni prawie urywały się rozpaczliwe telefony i emaile. Z całym spokojem na jaki było mnie stać odpowiadałam że owszem jest masakra, piec wygasł i nie chce się rozpalić więc marzniemy strasznie, psy uciekły, konie zeżarły wszystkie kwiatki, papugi popełniły seppuku, Szkodniki mają zapalenie płuc, dżumę, cholerę i gluta, chałupa właśnie się spaliła a okolicę nawiedziło trzęsienie ziemi ;|
Chyba mi nie uwierzyli, nie wiem czemu ;)
Ale pomogło, dali spokój i nawet stwierdzili że na Dalekiej Północy jest PRZEPIĘKNIE i że wycieczka bardzo się udała i są zadowoleni.  No to chociaż tyle, bo to już nieprzyzwoite było.
A ja skoro i tak miałam siedzieć na tyłku w pustej chacie, to stwierdziłam że co tam, robimy imprezę :D No i zrobiliśmy, było całkiem miło. Na dziń dybry pojawił się Nieuczesany i przejął Szkodniki. Potem Morgiana z tajemniczymi składnikami i zaczęła mi się panoszyć w kuchni ;) Ambitny plan pt "nie siedzimy w garach i  żywimy się jajkami i suchą paszą" spalił na panewce, ale efektem były obłędne ciasta i jeszcze bardziej obłędny pasztet. Szkodniki radośnie przez większość niedzielnego poranku szukały po ogródku czekoladowych jajek, którymi potem (o zgrozo) się żywiły przez calutki dzień, a my obżarci tym niegotowanym żarciem (nie mam pojęcia skąd się go tyle wzięło;)) siedzieliśmy na tyłkach, gadaliśmy i obijaliśmy się na całego :) Efektem mojego obijania się są dwie owieczki - maskotki. No bo mam zespół niespokojnych rąk i nie potrafię tak po prostu se posiedzieć :/ Tak wiem to powinno się leczyć ;|

W poniedziałek zwaliło się więcej gości i wreszcie miałam okazję  zagrać w Dixita i to w wypasionej wersji - wszystkie sześć dostępnych zestawów kart!
REWELACJA! CHCĘ WIĘCEJ!
 I to były chyba najspokojniejsze i najmniej stresujące święta w moim życiu. Zaczynam się zastanawiać jakby tu wprowadzić świecką tradycję w rodzinie - wysyłania Rodzicieli na biegun, by zaznać odrobiny swiętego spokoju na wsi ;)

A dzisiaj siedzę na tyłku i patrzę na ten cały bajzel i się zastanawiam czy uda mi się go nieco ogarnąć do jutra, czy też dać sobie spokój.
.
Bo przecie Mam i tak po powrocie będzie po mnie poprawiać i znajdzie mnóstwo niedociągnięć ;| 
Ehhhh te rozterki, chyba pójdę po prostu spać a martwić się będę jutro :D

A dzisiejszego posta sponsorowała ta piosenka:



Rozczochrana jest teraz na etapie fascynacji tym filmem, więc siłą rzeczy "oglądam" go przynajmniej raz dziennie. A dzisiaj akurat dwa razy.
A ta piosenka to wersja hiszpańska, która podoba mi się najbardziej.
Po prostu uwielbiam brzmienie tego języka :D
Miłego słuchania!


1 komentarz: