poniedziałek, 5 września 2016

Remonty (1)

Już się zdążyłam odzwyczaić, od tego żeby uważać na wszelkie roboty i akcje w które jest zamieszany mój Tata. Ma on bowiem jakiś wielki dar, który sprawia, że najprostsze zadania urastają do rangi przeprawy przez Syberię ;|
 No prosta sprawa niby - jedziemy odebrac belkę z tartaku. Belka spora, gruba i długa na ponad 3m. Tata upiera się by zabrać małyzielonysamochodzik, bo cytuję "parapety wiozłem i weszły". No tak, parapety owszem, ale to były cienkie kawałki blachy, które dało się ładnie zaklinować pomiędzy siedzeniami, a nie wielki i ciężki kloc drewna :/ , który jak się potem okazało, wystawał całkiem solidnie z tyłu dwudrzwiowej hondy. Po drodze nieominęła mnie także dyskusja, że jadę do zlego tartaku. Nosz kurde, chyba wiem gdzie zamawiałam belkę. Ojciec natomiast nie mógł zrozumieć, że chodzi o jakiś inny tartak niż jemu się wydawało, bo "przecież tam jest".  
No nic dojechaliśmy do MOJEGO tartaku.
Na miejscu okazało, się że panowie  trzymetrową belkę dobrze schowali/zgubili/sprzedali (niepotrzebne skreslić) i na miejscu ani śladu. Szef więc zdecydował, że "ostrugają" mi inną trochę większą "ekspresem". No więc dobre 15 minut gapiłam się jak trzech facetów biega w tę i nazad z moją belką, co chwila przepuszczając ją przez jakąś piekielną machinę. Jeszcze chwilę strugania i niezła zapałka by im wyszła ;) Jak już przystrugali bliżej wymaganego rozmiaru, to zaczęłam się rozglądać za samochodem. Tymczasem auto odmówiło posłuszeństwa, więc z dyndającą z tyłu belką pchalismy je po wertepach, aż w końcu zaskoczyło. Tfu, tfu. Bogom dzięki, że szef tartaku pomógł pchać bo chyba byśmy płuca wypluli. Trasa powrotna to już był prawie luz, choć sterczący z tyłu kikut i podskakująca na wybojach klapa bagażnika wprawiały mnie w pewną nerwowość. Dodatkowy stres sprawił mi komunikat, iż pojedziemy jeszcze do składu budowlanego po coś tam. A także do sklepu. A także... 
 
Wszędzie z tą radośnie podskakująca klapą i wystającym klockiem. No i nie wyłączanym silnikiem, ze strachu żeby nie trzeba znowu było pchać.
A trzeba było wziąć "Budynia" i zapakować tą cholerną belkę na relingi, jak to miałam w planie A.
 I nie słuchać się Taty...

niedziela, 21 sierpnia 2016

Od nowa..

Siedzę własnie z zatkanymi na amen zatokami przy stole, przykrytym ceratą z uroczym motywem kur i kurczaków. W wersji "wieś sielska anielska" oczywiście ;) Tę ceratę zamierzam wymienić na jakąć inną, albo w ogóle wywalić, bo działa mi na nerwy. Ale nie aż tak mocno żebym zrywała się natychmiast. Tym bardziej, że mam sporo wazniejszej roboty, no i głowa mnie boli, a z zatkanego nosa kapie glut.
Wokoło podlogi nie widać spod przeprowadzkowych kartonów i niebieskich toreb z Ikei. Ludzkość nie wymyśliła chyba lepszego gadżetu do przeprowadzek niż niebieska torba. Na moje szczęście.
Torby leżą więc i czekają na rozpakowanie, a ja wycieram nos i czekam aż coldrex zacznie działać. Niby porządek sam się nie zrobi, ale generalnie właściwie mi się nie spieszy.
Wróciłam do miejsca które wiele lat nazywałam domem.
I teraz znów tu jestem, po ponad siedmiu latach spędzonych w Gdyni.
W dodatku na wariata, na niejasnych warunkach, z gigantycznym cykorem u tyłka. Nie wiem jak to się potoczy, ale mam nadzieję że dobrze. Choć na pewno niełatwo.

Z jednej strony mam właściwie luksusowe warunki, ale człowiek zawsze boi się zmian.
W każdym bądź razie nie widac mnie spod przeprowadzki. Bajzel aż huczy, a ja zamiast zasuwać wyjęłam "Czarodziejkę" i próbuję się uspokoić i wyciszyć. Przędzenie to rodzaj medytacji, zwykle dobrze mi robi. Podobnie tkanie, ale nie mam w tym momencie siły by rozstawiać warsztat, robić osnowę itd. Tak więc wzięlam wełnę z mojego ukochanego Blue Faced Leicester i kręcę sobie bez pośpiechu cieniutką nitkę.
Bałagan nie ucieknie...
Juro trochę spraw urzędowych, próba załatwienia szkoły i przedszkola Szkodnikom (kolejna ze względu na urlopy). A także drobne (i nieco większe) roboty mające zwiększyc komfort mieszkania. Ot choćby uzupełnienie izolacji zewnętrznej. A także pierdoły typu drążek prysznicowy, internet, podłączenie kuchenki.
Wiecie takie zwykłe oczywistości, które zauważa się dopiero jak ich brak. Na razie więc ciągnę internet od mamy a i obiady dostajemy pod nos. Ale chciałabym już mieć to z głowy i tyle.

Ehhh trzeba się wziąć do roboty.
Najlepiej jakiejś absolutnie niezwiązanej z porządkami ;)
Może pojadę po mleko i zrobię ser?
Albo wyciągnę maszynę dziewiarską która łypie na mnie prowokacyjnie z kartonu ;)